To miasto jest jak rana

Magdalena Okraska w swojej drugiej książce Nie ma i nie będzie zabiera nas na powrót do małych miasteczek, aby odkryć przed nami losy bohaterów żyjących w kotle potransformacyjnych peryferii. Co ma do powiedzenia o tych zapomnianych obrzeżach Polski? Okraska porusza temat znany, bo o prywatyzacji napisano już kilka wnikliwych reportaży. Czy robi to więc z innej perspektywy? Bez wątpienia. Pisząc o „koszcie społecznym” transformacji zwraca uwagę na jeden, dotąd pomijany aspekt – mentalności następnego pokolenia (dzisiejszych czterdziestolatków i ich dzieci), które uwiedzione przez liberalną narracje ze wstydem wyparło się własnych korzeni w poszukiwaniu wielkomiejskiego sukcesu. Starsi mieszkańcy prowincji zostali opuszczeni podwójnie: przez państwo (system) oraz własne dzieci, które uwierzyły w przekaz głównego nurtu, że ich rodzice są nieudacznikami i z miast i miasteczek należy jak najszybciej uciekać.

***

Książkę reporterską Magdaleny Okraski recenzencki mainstream zdążył zhejtować zanim na dobre trafiła w ręce czytelników. Równie szybko książka została upolityczniona, co tylko potęguje wrażenie, że temat jakiego podjęła się reportażystka jest jednocześnie żywy i niewygodny. Całkiem niedawno, spora część literackiego światka zachwycała się, skądinąd świetną książką francuskiego socjologa Didier Eribona Powrót do Reims, która krąży na podobnej orbicie, co Nie ma i nie będzie Okraski. Dlaczego więc książkę autorki Ziemi jałowej. Opowieści o Zagłębiu próbuje się usunąć w cień?

***

Autorka w najnowszym tekście skupia się na dziesięciu miasteczkach, w których doprowadzono do likwidacji kopalń, upadku przemysłu, bardzo często jedynego przemysłu, który organizował wokół siebie życie społeczne całego miasta. A więc, dociera do takich miejsc, gdzie oprócz zamknięcia fabryk/zakładów/kopalni, w których wszyscy byli zatrudnieni zlikwidowano szkoły i przedszkola przyzakładowe, osiedla i hotele robotnicze. Odwiedza Wałbrzych, Tarnobrzeg, Myszków, Skarżysko-Kamienną, Włocławek, Ozorków, Będzin, Szczytno, Lidzbark Welski i wsłuchuje się w historie ich mieszkańców. Okraska jest blisko opowiadanych historii, bohaterowie traktują ją jako swoją, co sprawia, że są chętni do nawiązania kontaktu i opowiadania o sobie.

Koszt społeczny transformacji

Gdzieś w połowie lektury zorientowałam się, że mam w sobie opór, który sprawia, że nie chce szukać w sobie refleksji. Czy tak wielkie emocje wzbudził we mnie „powrót” do rodzinnego miasta, które również i ja opuściłam? Był opór: „Po co zastanawiać się nad starymi czasami, skoro człowiek marzył wtedy o tym, żeby kupić sobie w końcu dżinsy, walkmana, cokolwiek, co mogłoby stanowić synonim Zachodu”. Owszem zakłady się prywatyzowały, kopalnie upadały, co w tym dziwnego? Skończyły się czasy sztucznej regulacji, finansowania, skupowania przez państwo drelichowych portek, których nikt nie chciałby kupić w realiach wolnorynkowych. Otworzył się rynek. Nie chciałbyś kupić czegoś nowego, innego, od tego co dotychczas było narzucone? No jasne, że tak! Marzysz o kapitalizmie, coca-coli, dobrobycie. Zaczyna się konkurencja, popyt-podaż, a ty tkwisz w przeszłej mentalności. Innej nie znasz, a nowej nikt cię nie nauczył? Trudno, Twoja wina. Jesteś przegrywem, nieudacznikiem, nieaspirującym do lepszego świata, obciachowym człowiekiem z prowincji.

Awatar miasta

„Restrukturyzacje kopalń wałbrzyskich rozpoczęła się 15 listopada 1990 roku, a ich ostateczną likwidację zaplanowano na 31 grudnia 1995 roku. Wierzono wtedy, że operację, która miała właściwie zmienić charakter całego miasta i postawić pod znakiem zapytania los tysięcy ludzi, da się „przeprowadzić bez kosztów społecznych”. „Koszt społeczny” był wtedy właściwie retorycznym ozdobnikiem – nikt się nie spodziewał, co to sformułowanie będzie tak naprawdę oznaczać. Nikt nie dałby też wiary, że pod tą zgrabną frazą, jak pod parasolem, kryć się będą napady na sklepy, biedaszybnictwo i głodne dzieci. Że „koszt społeczny” równa się dorośli bez wypłat i nastolatkowie bez zimowych kurtek”. Czytając rozdział o Wałbrzychu, można sobie przypomnieć jak fundamentalnym elementem budującym tożsamość mieszkańców było górnictwo. Górnik był zawodem szanowanym, wiele korzyści wiązało się z rzetelnie wykonywaną, uczciwa i wyczerpująca fizycznie pracą. Przede wszystkim jednak, nadawała ona status społeczny. Trudno mi sobie wyobrazić wstyd i upokorzenie z jakim mierzyli się górnicy, na własnej skórze odczuwając skutki degradacji. Bezrobocie, bieda, praca w biedaszybach. Oczywiście niektórym się udało: „są w Wałbrzychu dwie grupy byłych górników: ci, którzy czują się sprzedani i oszukani, i ci, którzy podpisali w imieniu miasta wyrok śmierci, czyli musieli tamtych sprzedać”1. Bohaterowie opowieści wałbrzyskiej wielokrotnie przywołują historię budowy nowoczesnego szybu „Kopernik” (do wydobywania antracytu), który miał powstać na terenie kopalni Victoria. Budowa szybu miała przyczynić się do skoku cywilizacyjnego przestarzałego zagłębia węglowego oraz sprawić, że będzie ono rentowne. Niestety nie dano mu szansy. Decyzja o wstrzymaniu budowy zapadła w marcu 1990 roku. W świadomości bohaterów reportażu tamto zdarzenie jest synonimem straconej szansy, odebrania nadziei. Mit Kopernika to również synonim rozczarowania i zawodu. Ludzie czuli się oszukani. Autorka Nie ma i nie będzie wcale już na początku cytuje Jerzego Kosmatego wałbrzyską legendę górnictwa: „tak ogromny proces likwidacyjny był przeprowadzony w Polsce po raz pierwszy i może dlatego restrukturyzację górnictwa w Dolnośląskim Zagłębiu Węglowym prowadzono w sposób chaotyczny i skoordynowany”2. Autorka zwraca uwagę, że nie dokonano rzetelnej oceny konsekwencji likwidacji przemysłu. Reportaż Okraski nie jest aktem oskarżenia wobec „planu Balcerowicza”, choć nie da się uniknąć krytyki władz, sensu stricto. Nie ma i nie będzie nie gloryfikuje ani przeszłości, ani teraźniejszości, jest książką reporterską o likwidacji przemysłu, w miejsce którego żadna władza nie zaoferowała mieszkańcom opisywanych miasteczek wiele w zamian. Oczywiście powstają kolejne dyskonty takie jak: Biedronka, sklepy franczyzowe takie jak: Żabka, pojawia się Lidl. Trudno jednak w ten sposób budować tożsamość.

***

W Nie ma i nie będzie przeczytamy również o Tarnobrzegu, mieście słynącym z wydobycia siarki. Kopalnie, która była jedynym żywicielem miasta, zlikwidowano w 2001 roku, przeczytamy o Ozorkowie, w którym Zakład Przemysłu Bawełnianego „Morfeo” ogłosił upadłość, a pracę straciło większość mieszkańców miasta. Miasteczka takie jak Myszków, Będzin, Szczytno się wyludniają. Czy pozostanie w małym miasteczku to sukces, czy porażka i kto narzuca tę perspektywę?

Nawijka o prowincji

Nie ma i nie będzie Magdaleny Okraski, to nie jest książka reportażowa o tym, że transformacji można było uniknąć, ale o tym, że zrobiono to nie licząc się z konsekwencjami. Jeśli przemocą zabiera się komuś dotychczasowe życie, jeśli nie próbuje się zadośćuczynić, jeśli uważa się, że nic wielkiego się nie stało, to są to powody, dla których warto o tym pisać i pytać ludzi jak się z tym czują. Wmówiono nam, że tak zwany sukces jest dostępny każdemu, wystarczy się nieco postarać. Jeśli komuś się nie udaje, to znaczy, że nikt inny, tylko ten jeden człowiek zawinił. Okraska obnaża ten punkt myślenia. Bohaterowie jej reportażu nie zawinili. Czy czują się dumni z tego skąd pochodzą? A dlaczego mieliby czuć się gorsi? Jaką winę popełnili, skoro z szanowanych obywateli, ludzi uczciwie pracujących, stali się w oczach neoliberalizmu niewiele znaczącymi obywatelami. Reportaż Okraski jest również o tym, że kolejne pokolenia uwierzyły w mit wielkomiejskiego sukcesu, jest to więc historia o ludziach takich jak ja lub ty, pochodzących z małego miasteczka, którzy marzą o tym, aby jak najszybciej z niego uciec w stronę wielkiego świata. Nie ma i nie będzie to opowieść o pogardzie do własnych ojców i matek.

Co warte uwagi: zarzuca się autorce reportażu pisanie pod określoną tezę i to, że pochwala rządy PIS-u. Nie przypisywałabym autorce podobnych intencji, wręcz przeciwnie, autorka potrafiła wytłumaczyć gdzie leży źródło powodzenia tej socjalnej partii. Niechętnie, ale przecież i ja muszę przyznać, że polska prawica, zainteresowała się losem tych, o których zapomniała lewa strona polityki. Lewica zajęła miejsce w narożniku, nie mając zupełnie pomysłu na kwestie gospodarcze. Zamiast patrzeć szerzej, wdała się w walkę obyczajową, bitwę skalkulowaną i zachowawczą, bo czy tak naprawdę ze sztandarowych, obyczajowych haseł liberalnych partii, kiedykolwiek, cokolwiek wynikło? Czy lewica naprawdę myśli, że dla mojego siedemdziesięcioletniego ojca mieszkającego w Czeladzi palącą kwestią jest rozumienie o co chodzi z elgiebetami? Mój ojciec ma córkę lesbijkę, ale również niską emeryturę i cukrzyce. Książka Okraski jest ostatecznie historią o klęsce polskiej lewicy. I może to, tak naprawdę wszystkich internetowych hejterów tak boli.

Dodaj komentarz